wtorek, 28 kwietnia 2015

PRZEDPREMIEROWO! Jørn Lier Horst - Psy gończe

"Jutro będą pisać o Tobie"- słowa Liny zmroziły Williama Wistinga. Lina- jego córka, pracuje w gazecie w sekcji kryminalnej i właśnie zobaczyła projekt okładki najnowszego wydania. William Wisting to policjant, na którego rozpocznie się nagonka w związku z oskarżeniem o sfabrykowanie dowodów w sprawie sprzed siedemnastu lat. Policjant kierował wtedy zespołem poszukującym zaginionej dziewczyny, który po znalezieniu jej zwłok, rozpoczął poszukiwania jej porywacza i mordercy. Oskarżony właśnie wyszedł z więzienia i żąda sprawiedliwości. Wisting, chwilowo zawieszony w obowiązkach, postanawia jeszcze raz przejrzeć dokumentację sprawy. Tymczasem Line zbiera materiały w sprawie niedawnego morderstwa. Jej ciekawość sprawia, że znajduje się w centrum wydarzeń. A w okolicy znika kolejna nastoletnia dziewczyna...

Dotychczas przeczytałam jedną książkę Horsta - "Jaskiniowiec" (recenzja tutaj). Jego niebanalny pomysł na historię kryminalną sprawił, że książkę czytałam z ogromnym zainteresowaniem i nie wahałam się ani chwili, gdy dostałam możliwość przeczytania i zrecenzowania jego kolejnej książki. Od razu powiem, co najpierw mnie zaskoczyło. "Jaskiniowiec" (pierwsza wydana w Polsce książka autora) był dziewiątą częścią cyklu o Williamie Wistingu, natomiast "Psy gończe" to części... ósma. Na szczęście w żaden sposób nie przeszkadzało mi to w odbiorze książki, historia sama w sobie była kompletna, jednak zdziwienie pozostało.
Autor zastosował znany mi z "Jaskiniowca" zabieg- na przemian obserwowaliśmy Linę i Williama, a ich historie za każdym razem urywały się, by potęgować napięcie. To nie był kryminał, w którym bezustannie martwiłam się o głównych bohaterów czy bałam się gasić wieczorem światło. Tu przeszłość i teraźniejszość mieszała się ze sobą, sugerując rozwiązania, które wydawałyby się nieprawdopodobne, a surowy norweski klimat potęgował wrażenie mroczności. Czy w aktach sprawy sprzed siedemnastu lat można znaleźć jeszcze coś, czego się przedtem nie zauważyło? William wspomina tamto śledztwo, przegląda stare dokumenty, pozwala też Linie rzucić na sprawę świeże spojrzenie. Nietypowi partnerzy - ojciec i córka, policjant i dziennikarka, wspólnie podejmują trop i poszukują prawdy.

"Tym właśnie byli, on i jego koledzy. Sforą psów, które ścigały mordercę. Huglund był człowiekiem, którego dopadły. Ale jak wszystkie inne psy myśliwskie, tropili najcieplejszy ślad, nie zatrzymując się nigdzie nawet na chwilę."  
{str 196}

Czy sfabrykowanie dowodów jest przestępstwem? Tak. A jeśli to jedyny sposób by do więzienia trafił winny, którego bez tych dowodów nie można by oskarżyć? Czy wtedy też każdy powiedziałbym bez wahania "tak"? Czy nadal widziałby świat w kolorach czarnym i białym, czy może wkradłby się odcień szarości?

"Psy gończe" to kryminał szeroko nagradzany w Skandynawii. Teraz czeka na opinię polskich czytelników. Dacie się porwać tej historii i weźmiecie udział w śledztwach? Ciekawa jestem, czy prędzej niż Lina i William odkryjecie prawdę, mnie się (na szczęście!) to nie udało. Gwarantuję, że nie pożałujecie czasu spędzonego z tą książką, szczególnie, że bardzo dobrze się ją czyta, a historia wciąga już od pierwszych stron.
Polska premiera książki już 4 maja.

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Pani Karolinie, wydawnictwu Smak Słowa i Business & Culture.

Pozostałe książki autora:
Seria o Williamie Wistingu:
- Psy gończe (t. 8)
- Jaskiniowiec (t. 9)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Eleanor Catton - Wszystko, co lśni

Niezwykła historia intrygi, w którą uwikłane jest wiele osób i którą jeszcze więcej osób stara się opowiedzieć Walterowi Moody. Młody mężczyzna tego dnia przybył w tajemnicy do Hokitika w Nowej Zelandii, by spróbować szczęścia jako poszukiwacz złota. Przypadek sprawił, że w hotelu, w którym się zatrzymał, zebrało się dwunastu mężczyzn, próbujących wyjaśnić kilka tajemnic, najwyraźniej ze sobą powiązanych. Gdy zszedł do hotelowego salonu, natknął się na to nieformalne zebranie i, po początkowej nieufności, został wkrótce wciągnięty w wir opowieści o śmierci pijaka, próbie samobójczej dziwki, wizycie ważnego polityka, zniknięciu bogatego młodzieńca, sztabkach złota, testamencie i darowiźnie. Podczas nocnych opowieści próbują znaleźć powiązania między tymi zdarzeniami, nie zdając sobie sprawy, że minie jeszcze trochę czasu, zanim poznają wszystkie szczegóły tej zawiłej historii.


Zastanawiacie się, skąd dość niska oceny, książki z nagrodą Bookera. Cóż, też się zastanawiam. Widocznie Booker i ja nie mamy podobnego gustu. Nagroda Ensorcelee zostałaby przyznana Minierowi i Bondzie, tak na początek. Ale wracam do lśniącej książki, swoją drogą przepięknie wydanej, która kusi tajemniczą twarzą kobiety, nietuzinkowym tytułem i opasłością. Na początku została zamieszczona mapka Hokitiki i spis osób, przy takiej mnogości bohaterów, to naprawdę dobry pomysł, już trzynaście osób poznajemy w hotelowym salonie, do tego dochodzą bohaterowie ich rozmów. Od razu przyznaję, że spodziewałam się tu raczej przeczytać sagę rodzinną czy może wiktoriańską powieść o miłości, dlatego byłam trochę rozczarowana i długo zastanawiałam się, z czym kojarzy mi się ta książka. XIX wiek, dżentelmeni w nieoswojonym miejscu, trochę przygody- wymyśliłam w końcu, że może z „W 80 dni dookoła świata” i tak bardzo luźno z książkami Karola Maya (swoją drogą, kiedyś je uwielbiałam!). Czytało się przyjemnie, język nie sprawiał trudności, jedynie ilość stron sprawiała, że nie była to dla mnie lektura na więcej niż kilka wieczorów. Przez to rozciągniecie w czasie, straciłam trochę na odbiorze książki. Tajemnice, które nie dawały spokoju na początku, nie dawały już takiej satysfakcji, gdy zostały wyjaśnione na końcu. 

Podziwiam autorkę, za kunszt w żonglowaniu taką ilością postaci, z których każda miała swoją, przeważnie smutną historię. Niezależnie od pochodzenia, czy pozycji, wszyscy wierzyli, że złoto jest w stanie zapewnić im szczęście i szukali go w tej odległej krainie. Okazało się jednak, że znalezienie złota wcale nie rozwiązuje wszystkich problemów i że ma mniejszą wartość, niż głoszą legendy. Czego szukać w życiu w takim razie? Chwili zapomnienia w ramionach przypadkowej kobiety?Romantycznej miłości, nieprzystającej żądnym przygód mężczyznom...? 

Książka bierze udział w wyzwaniach:
- Klucznik (dziewczęta i kobiety)
- Czytam Opasłe Tomiska

środa, 22 kwietnia 2015

K.A. Tucker - Dziesięć płytkich oddechów


Kacey jako jedyna nie zginęła w wypadku samochodowym, w którym śmierć poniosły cztery bliskie jej osoby, jednak utraciła wtedy sens życia. I choć od tamtej pory minęły już cztery lata, ona ciągle nie może tego przeboleć i przebaczyć sprawcy. Z młodszą siostrą wyprowadzają się od rodziny, wynajmują tanie mieszkanie i rozpoczynają nowe życie w Miami. Zamknięta w sobie Kacey nie chce rozmawiać o przeszłości, tworzy wokół siebie mur obronny, który ciężko sforsować, nie chce nikogo dopuścić do siebie bliżej. A jednak jej zapora nie jest wystarczająco silna, Kacey, wbrew sobie zaprzyjaźniła się z sąsiadką i jej córeczką i zaczęła darzyć uczuciem przystojnego Trenta. Przed Kacey jeszcze ciągle kilka niebezpiecznych zakrętów na jej życiowej drodze. Czy pozwoli sobie pomóc?


Do tej pory byłam przekonana, że nie lubię nurtu YA/NA w literaturze, gdzie wszyscy bohaterowie są podobni i mają podobne zmartwienia. K.A. Tucker zmieniła moje zdanie. Kacey nie była zalęknioną studentką, lecz dziewczyną, z powodzeniem udającą pewną siebie, która utrzymywała siebie i młodszą siostrę. Swój strach maskowała agresją, cieplejsze uczucia- oziębłym tonem. Ale kiedy jej sąsiadem zostaje niesamowicie (a jakże!) przystojny Trent, Kacey przestaje być sobą i wszystko się zmienia… Oczywiście Trent też ma sekret z przeszłości (i tu mankament książki: już w połowie można się zacząć domyślać, o co chodzi), który rozbije ich związek, ale… sami wiecie, takie książki przecież muszą się dobrze kończyć!

Kilka scen łóżkowych napisanych ze smakiem, nie powinno razić osób nielubiących erotyków, ale pozwoliło oddać napięcie między młodymi ludźmi. Do tego dodajmy kilka zabawnych momentów i kilka takich, które wstrzymywały mój oddech na chwilę.

Dlaczego spodobała mi się taka przewidywalna, zgodna z regułami romansu książka?
Bo mnie wzruszyła, a ostatnio rzadko to się zdarza.
Bo bohaterowie, choć zwyczajowo idealnie wyglądający, nie mieli schematycznych charakterów.
Bo poruszony został problem pijanych kierowców, który wzbudza we mnie duże emocje.
Bo zauroczyła mnie okładka.
Bo książka pozwoliła mi się oderwać od rzeczywistości, kiedy tego potrzebowałam i spędzić miło czas.
Tylko tyle, czy aż tyle?
Mnie wystarczyło, a Wam?

Dlatego jeśli ciągle (lub prawie ciągle, jak ja) czytacie kryminały, oderwijcie się od nich na wieczór, czy dwa, sięgnijcie po „Dziesięć płytkich oddechów”. W ten sposób zaspokoicie kobiecą stronę duszy. Polecam! 

Książka bierze udział w wyzwaniach:
- Czytam Opasłe Tomiska 

Pozostałe książki K.A. Tucker:
Cykl Ten Tiny Breaths:
1. Dziesięć płytkich oddechów
2. Jedno małe kłamstwo
3. Cztery sekundy do stracenia

sobota, 18 kwietnia 2015

Andy Weir - Marsjanin

Ta książka była tak skutecznie promowana, że moja ciekawość przezwyciężyła niechęć do fantastyki i nie żałuję, że sięgnęłam po „Marsjanina”. Zapraszam na recenzję! 
Mark Watney, uznany za martwego przez resztę swojej załogi, został przez nich pozostawiony na Marsie, gdy musieli w pospiechu ewakuować się z planety. Przypadek sprawił, że przeżył wypadek, choć jego skafander został uszkodzony. Zdołał dotrzeć do Huba, bazy i tam rozpoczął walkę o przetrwanie. Uszkodzona antena nie pozwalała na kontakt z Ziemią, mężczyzna był zdany na własne siły, sam na obcej planecie. Powoli zaczął realizować plan, który pomógłby mu przetrwać na Marsie do przylotu następnej misji, czyli 4 lata. Miał niewiele szans na powrót na Ziemię, ale postanowił wykorzystać je wszystkie, nie czekając bezczynnie na śmierć.


Na początku trochę sceptycznie podeszłam do tej powieści. Jak człowiek mógłby przeżyć na Marsie? A jednak, z każdą kolejną przeczytaną stroną, zaczęłam wierzyć w tę historię. Doskonale zaopatrzona baza pozwoliła Markowi utrzymać się przy życiu. Jako botanik znał się na uprawie roślin. Książki, filmy i muzyka zabrane przez załogę na misję pozwoliły mu czasem oderwać się od ciężkiej rzeczywistości. Powoli zaczynałam mu ufać bez zastrzeżeń, choć nie zawsze rozumiałam wszystko, o czym pisał (większa część książki była dziennikiem prowadzonym przez Marka). Gdy do akcji (i narracji) dołączyła NASA, a później załoga Marka, wiedziałam, że są jakieś szanse, by mężczyzna wydostał się z tej planety.

Książka jest pełna rozwiązań chemicznych i fizycznych, które ratują życie bohaterowi, choć mnie prawie nic nie mówią (ciekawe, jak reagowałyby na tę historię osoby, posiadające dużą wiedzę z tych dziedzin?). Na szczęście nie przeszkadzało mi to w odbiorze, "Marsjanina" czytało się bardzo przyjemnie, czułam powiew świeżości, sięgając po inny niż zwykle gatunek literatury. Ale poza zadziwiającą pomysłowością bohatera, bardziej imponował mi jego charakter. Sam na nieprzyjaznej planecie, nie popadł w depresję, nie poddał się, nie użył zapasów morfiny, by skończyć swój niepewny los. Choć nie miał dużej szansy na przeżycie, on postanowił walczyć. Byłam bardzo ciekawa, czy mu się to uda i zostanie uratowany.
Na szczęście na Marsie obyło się bez żadnych obcych form życia, Mark musiał walczyć jedynie ze swoimi słabościami i ograniczeniami technicznymi. Usłyszałam, że „Marsjanin” jest trochę jak „Życie Pi”: niby wszystko logicznie wytłumaczone i potencjalnie realne, a jednak jest świadomość, że historia nie potoczyłaby się tak w rzeczywistości.
Chociaż, kto wie...?
 
Książka bierze udział w wyzwaniach:
- Najpierw książka, potem film (polska premiera 27.11.2015)
- Klucznik (książka w książce: książki Agathy Christie)